Tag: 08’Harrachov

Sylwester 2008 – fotorelacja

Podsumowanie

Wróciliśmy wczoraj, pora więc na krótkie i szybkie podsumowanie wyjazdu.
Biegaliśmy na nartach przez około 18 godzin i łącznie zrobiliśmy 111km.
Nie jest to mało jak na koniec szóstego miesiąca wspólnego życia Mamy i Szymka.
Cały wyjazd kosztował nas wraz z pokutą trochę ponad 3000zł, z czego 1/3 to nocleg, a 1/3 wizyty w knajpach.
Pogoda była super, zima też dopisała, trasy jak zwykle były przygotowane.
Teraz mała przerwa w wyjazdach, do czasu aż Szymuś będzie się w fotelik mieścił (czyli do wakacji, hehe).

Ciężki powrót

Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy. Trzeba wracać. Jako że wybraliśmy powrót w sobotę, to nie musieliśmy się jakoś strasznie spieszyć. Pogoda piękna, tylko zimno, bo jedynie -13C! No ale decyzja podjęta – wracamy.
Wyjechaliśmy po 10.30 i jeszcze do Jakuszyc (4km) było szybko, Dalej niestety 30km jazdy w korku. W Jeleniej Górze mieliśmy dość i zmusiliśmy GPS do znalezienia innej drogi. Znalazł… Na początku było wąsko i biało, potem miejscowi nie chcieli nam ustąpić pierwszeństwa, następnie spotkaliśmy typowego Polaka, co ma auto tylko w celach szpanowania. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy na białej drodze nasz Matiz wyprzedza wypasioną terenówkę z napędem 4×4. Takich zawalidróg jadących 20-30km/h było jeszcze kilka, ale nasz maluch radził sobie dzielnie. Dobra, kierowca może też coś umie.
Jak już byliśmy na autostradzie i gnaliśmy w kierunku Wrocławia, przed nami pojawił się gołąb… Było wielkie bum, kupa piór i zatrzymanie się w bezpiecznym miejscu. Na szczęście dla nas auto ma tylko połamany zderzak, z gołębiem było dużo gorzej :(.
We Wrocławiu były korki, dalej aż do Piotrkowa Trybunalskiego stoją stada ślepych (poza jednym) fotoradarów, które bardziej dekoncentrują niż wymuszają bezpieczną jazdę. W Piotrkowie na stacji benzynowej była awaria terminali, więc auto się nie najadło, ale my tak, bo obok jest włoska knajpa. Dalej jednak nakarmiliśmy samochód i pognaliśmy do domu.
W Warszawie, co dziwne dla nas :), padał śnieg! Ale wiał też straszny wiatr, co się okazało przy rozpakowywaniu bagaży po 9-godzinnej podróży.

dzien10

Pokuta

Wstawanie staje się dla nas z dnia na dzień coraz cięższe. No ale jakoś po 9.00 się udało, a Kret w ramach bycia dobrym mężem pojechał autem do piekarni po świeże pieczywo. Przy okazji spotkał pana od kempingu i uiścił dopłatę za domek.
Śniadanie smakowało Myszy, więc raczej chętnie dała się wyciągnąć na człapanie na nartach. Tym razem wydawało się, że pogoda jest przyzwoita: -4C i czasami niebieskie niebo. Do punktu startu dotarliśmy sprawnie i było nawet podejrzanie dużo miejsca na zostawienie auta. Radośni z dobrej miejscówy udaliśmy się pobiegać na zamkniętej na czas zimy drodze do schroniska. W połowie trasy pojawił się jednak zimny jak zawsze wiatr i zaczęło ostro sypać białym puchem z nieba.
Do schroniska Kret dotarł jak bałwan… W środku tłumy, ale do WC dopchaliśmy się jakoś. Zjedliśmy też własne kanapki i tym razem z wiatrem wyruszyliśmy w droge powrotną. Tych 8km minęło dość szybko, więc myśleliśmy, że w domu będziemy wcześnie. Nic z tego, miejscowa straż miejska dopilnowała, by nikt nam nie ukradł auta :). Przyjechali za jakichś 20 minut i po miłej pogawędce zdjęli z koła „stróża”. Oczywiście nie ma nic za darmo, „kupon na pokutę” wyniósł nas 1000Kc.
Powrót nie był zbyt łatwy, bo na drodze leżała spora warstwa luźnego świeżego śniegu, na szczęście łańcuchy były w bagażniku. Po dojechaniu do czarnego asfaltu odwiedziliśmy jeszcze „Billę” i stację benzynową.
Wieczorem rozpoczęliśmy pakowanie, z przerwą na knajpę. Cóż, ten wyjazd zbliża się do końca…

PS
Śnieg nadal pada i jest -9C.

dzien09

Nowy Rok w Czechach

Strzelało, waliło itp. zarówno sporo przed północą, jak i długo po niej. Cóż, niektórzy ludzie lubią puszczać kasę z dymem…

My wstaliśmy w Nowym Roku o 10.00, ale mimo wszystko dziwnie sprawnie udało nam się już po 11.00 być w aucie.
Dziś zaufaliśmy darmowej mapce ze stacji benzynowej i pojechaliśmy na Rejdice. Łatwo nie było tam trafić, ale z pomocą GPSa się udało. Po wyjściu z auta okazało się, że -8C, które pokazywał pokładowy termometr, nie było oszukane, a raczej niedowartościowane, bo nieźle wiało.
Na miejscu zdziwiły nas tłumy Czechów pchających wózki, sanki i wszystkie inne pojazdy, do których dało się załadować dzieci. Daliśmy się ponieść fali i dotarliśmy na rozchlednię (wieżę widokową), pod którą był noworoczny odpust.
No ale nie przyjechaliśmy tu przecież balować, tylko jeździć 🙂 Dlatego ruszyliśmy dalej w drogę. Trasy były super oznakowane, co chwilę widać było mapki. Drogę modyfikowaliśmy co mapka, więc wyszła dość pokręcona. Mimo że dzisiejsza trasa miała być turystyczna, czyli rekreacyjna, było kilka kawałków wymagających odwagi i techniki. Wtedy Mysz brała narty w łapki i dzielnie brnęła przez śniegi. Z kolei Kret popuszczał wodze fantazji i czasem leżał :D. O ile w lesie było przyjemnie, to każdy wyjazd na pola przypominał wizytę na Syberii. W dodatku bliżej końca dzisiejszego biegania kaowiec coś pokręcił z trasą i wypadliśmy na stok zjazdowy… Nie dość, że był on strasznie szeroki (6 tras zjazdowych), to co chwila przecinały go wyciągi. Człapiąc tamtędy czuliśmy się jak kury chcące przekroczyć autostradę.
Dalej było już z górki, a właściwie pod górkę i pod wiatr. Do auta dotarliśmy po 16.00 i odkryliśmy, że „ryjki mamy czerwone jak w Chile”.
Do domu jechaliśmy w asyście pługosolarki. Wieczorem jak zawsze udaliśmy się do knajpy jeść. A potem potoczyliśmy się jak wesołe beczułki do chatki.

dzien08

Ostatni długi dzień…

Udało nam się wstać rano i nawet sprawnie wyjechać w kierunku na „Horni Miseczki”. Pośpiech był wskazany, bo chcieliśmy załapać się na górny parking (zawsze 4km chodzenia mniej). Po drodze odkryliśmy, że znaki pozwalają na jazdę z łańcuchami, więc w powrotnej drodze to przetestowaliśmy.

Parking górny ledwo zdobyty, ale jednak nasz. Niby wyjechaliśmy wcześniej, a byliśmy na miejscu tylko 7 minut wcześniej niż rok temu :). Pogoda super, piękne słońce, wydawało się, że ciepło, bo w słońcu około 0C. Na początku powoli i ostrożnie pokonywaliśmy trasę, bo te chyba do łatwych nie należą (ale za to widoki są super.) W planie mieliśmy „turystyczny okruh”, który miał mieć 15km, ale jeszcze nie będąc w połowie, mieliśmy już na liczniku 7,5km, więc postanowiliśmy wracać po własnych śladach. Po południu zrobiło się dużo chłodniej (choć temperatura na parkingu była niby tylko -5C). Całe żarełko, które mieliśmy ze sobą, zniknęło w naszych brzuchach. Robiło się coraz ciemniej, ale do auta dotarliśmy o czasie cali i zdrowi. Trzeba było tylko założyć łańcuchy na koła (na równym parkingu w pracy było dużo łatwiej) i w drogę. To jest to, wreszcie auto normalnie reagowało na gaz i hamulec, a i prowadzenie na zakrętach było łatwiejsze przy większych prędkościach. Niestety nie ma róży bez kolców – auto z łańcuchami hałasuje i trzęsie. 🙂 Po jakichś 20km wreszcie trafiliśmy na drogę, gdzie można było je zdjąć i po chwili byliśmy już w domu.
Na kolację wybraliśmy włoską knajpę, gdzie objedliśmy się jak spaślaczki 🙂 Oczywiście głównie kluchami ;-)) Wydaliśmy jak na taki ogrom jedzenia mało (tylko 750Kc). Teraz siedzimy w domu i czekamy do północy – może jakoś dotrwamy…

dzien07

 

W Libercu

Dziś, zgodnie z założeniami, pojechaliśmy do Liberca na zakupy. Jak pewnie nie wiecie nasz dzisiejszy punkt docelowy jest organizatorem lutowych Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym i trzeba przyznać, że to widać. Wreszcie zabrali się za centrum miasta, tylko śniegu brak… No ale do 18.02 mają jeszcze trochę czasu.
Nasze dzisiejsze zakupy można by podsumować jednym słowem – Szymek. Udało nam się kupić: kołderkę z Krecikiem, „obsuszkę” z Krecikiem (ręczniczek po kąpieli), kocyk do fotelika z wodnikiem szuwarkiem, zabawki, miarkę oraz magnesy z całą ferajną Krecika. Dodatkowo dla siebie upolowałem kalendarz z Krecikiem i Myszką, a Mysz kupiła sobie ciążowe spodnie, bo Szymek na wyjeździe szybko zwiększa objętość brzucha mamy.
Drugą, bardziej przyziemną część zakupów, zrobiliśmy w Intersparze, w którym mają bardzo dobrą knajpę, a właściwie taki polski bar mleczny.
W drodze powrotnej do domu zrobiliśmy rozeznanie, gdzie by tu dalej na narty jeździć i przy okazji auto pokazało, że ABS działa bardzo dobrze na lodzie i śniegu. Tak czy siak stan lokalnych dróg jest na tyle dobry że jeszcze łańcuchów nie używaliśmy.
Jutro na narty, a wieczorem „balujemy”…

PS
Temperatura u nas -5 w cieniu i słonecznie 🙂

Link do producenta krecikowch zabawek i innych różności.

Na przyszłość (dla babć)

Dziś znowu było zimno (-11C) i słonecznie, a że wstaliśmy odpowiednio wcześnie, to dojechaliśmy na Jizerkę autem i podglądaliśmy na przykładzie Czechów, jak „to” się robi :). Potrzeba:
* Szalonych rodziców jak my, czyli załatwione.
* Zimy i śniegu – też do zrobienia.
* Potomka – na przyszłą zimę będzie jak znalazł.
* Koczarka na płozach – cóż, trochę kosztuje, ale podpatrzyliśmy czeskie „know-how”.
Uprzedamy więc, że też tacy będziemy. Szymek, mając możliwość, będzie z nami biegał, jeździł i szalał. Na początku w koczarku, nosidełku, a pewnie w wieku 2 lat dostanie narty i będzie na sznurku za rodzicami człapał. I skończy jak wszyscy z własnymi kijami :). Co gorsza, też będziemy dla Szymka bezwzględni w stosowaniu zasady: „jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz, a i tak nikt cię nie podniesie”, bo jak widzielismy to się sprawdza.
Wracajac do nas, to sobie spokojnie, powoli, lecz jednostajnie poczłapaliśmy przez 12km w pięknych zimowych klimatach Jizerki.
Po południu wyskoczyliśmy na chwilę do zapchanej ludźmi Szklarskiej Poręby – dobrze, że codziennie nie musimy stać w korkach „do” jak i w samej miejscowości.
Wieczorem dorwaliśmy kolejną knajpę i mamy teraz wielkie brzuszki.

PS
Jutro dzień bez nart, jedziemy na zakupy do Liberca.

dzien06

Na Jizerce

Po „wspaniałych” mistrzostwach Polski w biathlonie udaliśmy się sami pobiegać.
Dziś padło na Jizerkę, niestety, a może i stety już w Horni Polubny miejscowa straż miejska kierowała ruchem na pozostałe wolne parkingi. Co ciekawe, od tych parkingów prowadził wytyczony ratrakiem ślad na samą Jizerkę. No i tak poczłapaliśmy sobie w znanym nam z zeszłego roku kierunku. Pogoda dopisała, trasa raczej też, ludzi od groma. Na miejscu zjedliśmy co nieco i postanowiliśmy, nie szalejąc, wracać do auta.
Przy samym końcu naszej dzisiejszej wędrówki była sobie górka… Mysz zeszła bezpiecznie z aparatem, Kret miał zjechać… Fantazja go jednak poniosła :D. Ale cóż, nadal żyję i jestem o,dziwo w jednym kawałku. Narty całe, tylko kijki… już nie są idealnie proste 😀
Noc będzie zimna, bo gwiazd na niebie że hoho.

dzien05a

Mistrzostwa Polski w biathlonie

Pogoda zrobiła psikusa i od rana było słonecznie i mroźno -11,5C.

Z trudem wstaliśmy, ale już o 9.30 udało nam się wyjechać z campingu i jeszcze bez problemu znaleźć miejsce parkingowe w Jakuszycach. Jak na mistrzostwa Polski, to kibiców brak… bo rodzin zawodników i nas nie liczymy. Przed startem podziwialiśmy zasadę działania sznurków na strzelnicy (szkoda pisać). Start był tak umieszczony, aby przypadkiem kibice za dużo nie widzieli. Następnie zawodnicy poszli w las i gdy już pokazali się na strzelnicy, to z niewyjaśnionych przyczyn biegli dalej na kolejne kółko (?). Dla niewtajemniczonych: w Jakuszycach jest od metra śniegu i można było wytyczyć dowolnie trasę, by zawody dla kibica miały ręce i nogi.
Oczywiście o jakichkolwiek meldunkach z trasy nie było mowy, a gdy wreszcie zawodnicy pojawili się na strzelnicy, to należało mieć dobre oko, ołówek i kartkę papieru, by stworzyć sobie jako taką klasyfikację. Chyba wygrał Tomasz Sikora, bo:
* – strzelał bezbłędnie.
* – bieg wyglądał na najszybszy ze stawki.
Nie wiemy, który dotarł na metę, bo tam też nie było żadnych informacji, a sama meta była szczelnie odgrodzona od kibiców.
No i tak oto pięknie wyglądały mistrzostwa Polski w biathlonie…
Aha, na miejscu była też telewizja „TVP 3”, ale jakoś im się z niczym nie spieszyło. Zaczęli rozstawiać się w trakcie zawodów, a po biegu mężczyzn nadal debatowali w knajpie, gdzie by tu ustawić kamery…

dzien05