Październik 2010 archive

Wielki elektronik

Musisz się zalogować aby zobaczyć treść posta.Proszę . Nie masz konta? Dołącz do nas.

Jesienne spacerowanie

Musisz się zalogować aby zobaczyć treść posta.Proszę . Nie masz konta? Dołącz do nas.

Rowerzysta domowy

Musisz się zalogować aby zobaczyć treść posta.Proszę . Nie masz konta? Dołącz do nas.

Zima idzie (podobno)

Musisz się zalogować aby zobaczyć treść posta.Proszę . Nie masz konta? Dołącz do nas.

Pierwsze przymiarki

Musisz się zalogować aby zobaczyć treść posta.Proszę . Nie masz konta? Dołącz do nas.

Podsumowanie

Przejechaliśmy sporo ponad 1300km w osiem dni. Auto spaliło w tym czasie zaledwie 85 litrów ON. Wydaliśmy ok 2750zł, z czego transport to 450zł, noclegi 850zł, jedzenie na mieście i w hotelu (śniadania i obiady – 3 porcje) 850zł, zakupy do PL 250zł, extra wydatki na syna syna 200. Pogodę mieliśmy super. Ciepło i bez deszczu, wiało, choć ostro, tylko pierwszego dnia. Ogólnie przeważała złota polska jesień. Wyjazd udany, ale na pewno nie można nazwać go odpoczynkiem… Tak to jest obecnie 🙂

Powrót

Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem zwiedzania polskich dziur autem. GPS wyznaczył nam dość ciekawą trasę przez A4 do Opola, dalej przez polskie wsie, tak by minąć Częstochowę i wjechać na „gierkówkę” przed samym Piotrkowem, gdzie jak zawsze się stołujemy. Warszawa powitała nas korkiem w Raszynie, smrodem i autem na sznurek*.

*auto na sznurek = pojazd przewiązany liną na wysokości środkowych słupków bocznych. Lina ta podtrzymywała prawdopodobnie urwany układ wydechowy pod autem…

PS
Jutro podsumowanie!

Dużo, mało, pora wracać

Dziś zaczęło się wczoraj. Synek nie mógł za bardzo spać w nocy, bo jego nosem płynęły potoki bezbarwnej cieczy. Przez to i my wstaliśmy z lekka wczorajsi. Dlatego rano odpuściliśmy sobie śniadanie i pojechaliśmy do apteki. Apteka nie zając, więc nakarmiliśmy też auto, portfel i siebie, a wszystko to w Jeleniej Górze. Następnie obraliśmy kurs na Czechy i pobyliśmy trochę na przełęczy Orłowicza, gdzie nawet był plac zabaw (oczywiście po czeskiej stronie).
Wracając, nawiedziliśmy „Western City” w Ściegnach koło Karpacza, gdzie mieliśmy okazję obejrzeć inscenizację napadu na bank. Wieczorem zrobiliśmy sobie, w celu inhalacji, prywatny „basen” w wannie. Odbyły się też nieudane próby pakowania się. Zaraz idziemy spać, bo niby pociągający Szymon grzecznie śpi, ale nie wiadomo, jak to nocą będzie….

 

Śnieżka itp.

Dziś po porannych problemach z synem (bunt dwulatka czy jakoś tak) postanowiliśmy autem pojechać pod świątynię Wang, a dalej pieszo udać się w kierunku schronisk. Szymonowi bardzo podobało się w ten upalny dzień, bo większość trasy przespacerował sam. Dopiero wracając, skorzystał z nosidełka na krótki regeneracyjny sen. Obiad zjedliśmy znowu w „Zielonym Domku”, bo tam mimo braku sezonu dobrze i smacznie karmią. Po powrocie do hotelu stoczyliśmy z synem przegraną bitwę o basen. Zwycięski syn pluskał się ponad godzinę w towarzystwie innych dzieci.
Teraz siedzę i po raz enty próbuję wysłać wpis na bloga (@$@#%#$%^ serwis blox.pl), popijając pyszne nalewane z beczki do dwulitrowych butelek wino (za 170 koron). A Szymon kocha Mamę i jest złotym dzieckiem o zachrypniętym głosie.

Spacerek

Jak się wieczorem okazało, przegięliśmy… Tak twierdziły po całym dniu nasze nogi. A zaczęło się tak niewinnie: śniadanko, plac zabaw, słonko. Niestety potem był atak zębów syna i przez to z pokoju wyszliśmy dopiero o 12. Na początku podążaliśmy w góry śladem koparek, traktorów itp. Dalej mieliśmy w planach dojść pod Śnieżkę (by mieć ładną fotę). Ale po długotrwałym marszu do dolnej stacji nieczynnego jak zwykle poza sezonem wyciągu, postanowiliśmy wrócić do domu przez Orlinek (tak, byliśmy też na tarasie widokowym na skoczni). Gdy byliśmy jakiś 1km od hotelu, syn padł i niestety zamiast hotelu było chodzenie po mieście ze śpiochem w nosidełku. Dzięki temu sprawdziliśmy, ile knajp w Karpaczu jest zamkniętych bądź ma „pokreślone” menu. Gdy Junior się wyspał, poszliśmy jeść. Niestety w knajpie pędząca straż pożarna syna wylała moje picie i smaczny obiad musiałem jeść na sucho. Powrót do domu jak zawsze oznaczał wizytę na placu zabaw, gdzie widzieliśmy dzieci już przygotowane na zimę stulecia (a było pewnie z +20C). Do hotelu dotarliśmy na 19… Wieczorem jak zawsze doturlaliśmy się na basen, bo klucha lubi pływać.

PS
Dziś był pierwszy dzień, kiedy nasze telefony milczały (nie dzwonił nikt z pracy itp.) .