Maj 2010 archive

Spacer do Łazienek

Musisz się zalogować aby zobaczyć treść posta.Proszę . Nie masz konta? Dołącz do nas.

Wspólne rowerowanie

Kilka zdjęć i filmik zamiast kilku słów:


Podsumowanie

Wyjazd zakończony, czas na małe podsumowanie: Przejechaliśmy ponad 1200km, z baku zniknęło prawie 85 litrów ON. W aucie spędziliśmy ok 18h. Na paliwo, autostrady i parkingi wydaliśmy trochę ponad 400zł.
Osiem noclegów w hotelu Novotel Marina Gdańsk sponsorowała Babcia.
Średnio obiad dla trzech osób kosztował nas nad morzem 60zł, z czego większość wydaliśmy na dorsze.
Zakupy Szymona, śniadania i zwiedzanie to kolejne 450zł.
Razem wydaliśmy prawie 1400zł (bez noclegu).

Zwiedziliśmy:
Sopot – molo, Operę Leśną (w remoncie), krzywy dom, plażę, monciaka.
Gdynia – nadmorskie deptaki, oceanarium, część portu.
Gdańsk – zoo, starówkę, Westerplatte.
a ponadto:
Juratę, Hel, zamki w Golubiu-Dobrzyniu i Radzyniu Chełmińskim.

Nakręciliśmy kilka filmików i zrobiliśmy prawie 1000 zdjęć, których obróbka trochę potrwa, więc szersza fotorelacja będzie dopiero za kilkanaście dni.

Powrót

Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy i na pożegnanie z morzem też przyszła pora. Poranek jak zawsze nie rozpieszczał, 6C i pochmurne niebo zachęcało do szybkiego powrotu. Pakowanie przebiegło na tyle sprawnie (to zasługa wózków bagażowych, które były w hotelu), że postanowiliśmy jeszcze wyskoczyć nad morze. To był dobry pomysł, bo nawet wyszło słońce i trochę nakopaliśmy się w piasku przed odjazdem. Do domu wyruszyliśmy o 11. Już chwilę po 12 byliśmy za Grudziądzem (nie ma jak pusta autostrada). W Golubiu-Dobrzyniu zatrzymaliśmy się na zamku i zwiedziliśmy go z przewodnikiem. W dalszą drogę wyruszyliśmy przed 16, by przed 18 być już pod domem. Warszawa przywitała nas upałem i słońcem. Teraz zostało nam się rozpakować.

 

Westerplatte

Dziś syn już o 4:00 głodował, więc obudził nas o 6:00, ranny ptaszek jeden. Zebraliśmy się szybko, bo nawet słońce świeciło, i już przed 10:00 byliśmy w drodze na Westerplatte. Niestety plan przepłynięcia portu promem się nie udał, więc musieliśmy się przebijać przez miasto. No ale dzięki temu zobaczyliśmy budowę „Baltic Arena”.

Westerplatte – cóż, nie jest przewidziane dla dzieci w wózkach. No ale wiadomo, w jakim kraju żyjemy, niestety. Syn odżył okropnie po ostatnich spokojnych dniach i szalał – po schodach, po ścieżkach, po parku, aż w końcu wpadł na pomysł wrzucenia wszystkich kamieni w zasięgu wzroku do wózka. Załadowani towarem po brzegi (wózka), postanowiliśmy jeszcze coś zjeść przed odjazdem i… w momencie, gdy my zapychaliśmy się goframi, Szymon rozładował część kamieni pod stół.
Dalej w planie miało być zwiedzanie twierdzy Wisłoujście, lecz nas do niej nie wpuszczono – niby jest czynna tylko dla grup, choć w żadnych przewodnikach o tym nie pisali .
Wracając,zrobiliśmy jeszcze zakupy – synek pożarł na poczekaniu olbrzymi słoik rosołku i zagryzł go bułą. Posilony padł nawet spać na ok. 15 min.
Po południu zamiast basenu był spacer i obiad rodziców w stołówce emeryckiego „hotelu” obok. Po obiadku zaczęły się harce na plaży – paniczowi nie przeszkadzał nawet zimny wiatr od morza…

 

Sopot po raz drugi

Miało być ciepło i słonecznie, było jak zawsze: szaro, buro i ponuro. Cóż, uroki majówki. Na szczęście nie było wiatru, więc zapakowaliśmy panicza do wózka (jakie to dziwne uczucie mieć tak spokojne dziecko) i plażą udaliśmy się do Sopotu, który w niedzielę był pełny turystów. Tym razem zwiedzaliśmy to miasto dokładniej. Dotarliśmy nawet do Opery Leśnej, ale ta była na urlopie (remont). Wracając, wpadliśmy na pomysł, by pójść jeszcze na molo w Gdańsku (+5km), ale że już mieliśmy ponad 10km w nogach (w tym kilka pchania wózka plażą) i puste brzuchy, to wybraliśmy dorsza i halibuta. Syn oczywiście na obiad się przebudził i wyjadł, co mógł (mały rybożerca!).

W hotelu Szymon ozdrowiał i w 5 minut zdemolował pokój i zamęczył Mamę. W odwecie zabraliśmy go na basen, a potem jeszcze wytopiliśmy w wannie. Udało się – padł po 20.

 

Hel z szóstym zębem

Rano słońca w Gdańsku nie było, więc postanowiliśmy go sami poszukać. Wybraliśmy Hel i Juratę. Od rana Szymon był jakiś taki niewyraźny, bo lewa górna jedynka nie dawała mu spokoju. Jak się później okazało z Gdańska jest prawie 100km do końca półwyspu, więc podróż trochę nam zajęła. Ale Szymon zniósł ją dzielnie – coraz bardziej lubi podróże w swoim foteliku. Na miejscu znaleźliśmy parking prawie na samym cyplu i po odprawie przewodnika ( właściciela parkingu ) udaliśmy się zwiedzać. Teren Helu to już nie terytorium wojskowe, choć pozostałości zostały. Najpierw udaliśmy się na piaszczysty cypel, gdzie mieliśmy spędzić trochę czasu, kąpiąc się w słońcu i falach, ale jedynka niestety czuwała. Szymon wolał podróże wózkiem niż opalanie się na plaży. Poszliśmy więc do portu, gdzie zjedliśmy pieczone dorsze w mozarelli, a Szymon wycyganił jajko na twardo. Ominęło nas zwiedzanie fokarium, bo dziecko było nie w humorze, a poza tym sprzedawcy nie mieli nawet pamiątkowej koszulki z foką pasującej na Szymona. Z tego wywnioskowaliśmy, że foki oglądają dopiero dzieci 3-4 letnie lub te góra półroczne. Potem udaliśmy się do Juraty powspominać stare dzieje. Jej, jak tam się pozmieniało, choć molo i ośrodki wczasowe stoją, gdzie stały. Po dodarciu do hotelu Szymonek miał kolejny atak zęba. W końcu umęczony zwiedzaniem i ząbkowaniem padł wcześnie spać.

 

Gdynia

Dziś była trochę lepsza pogoda niż wczoraj, mniej wiało, chociaż ciągle padało. Ale że i tak wiedzieliśmy, co będziemy robić, to nas to nie zmartwiło. Do Gdyni mamy blisko, auto zostało na parkingu nad samym morzem, a my udaliśmy się do Gdyńskiego Akwarium 🙂 Szymonowi tak się rybki spodobały, że padł pod koniec i tata musiał gnać po wózek do auta.

Tak jakoś wyszło, że Gdynia spodobała nam się bardziej od Gdańska, który był szary i ponury. Fajny plac zabaw z superową huśtawką na plaży, bulwar dobry na wózkowe i nożne spacerki zrobiły na Szymonku dobre wrażenie 🙂 Chętnie biegał mimo deszczu.
Po południu wyskoczyliśmy na basen i okazało się, że Szymon chce sam bez koła niby to chodzić, choć jego cel jest bardziej zaskakujący – ta ryba chce sama pływać (filmik po powrocie).

 

Gdańsk, allegro i dorsz

Poranna pogoda nie zachęcała do wyjścia z pokoju, niestety Szymon był innego zdania i wyciągnął nas na dwór. Myśleliśmy, że w mieście nie będzie tak czuć tego okropnego, zimnego wiatru – myliliśmy się.

Sam Gdańsk nas nie zachwycił, dlatego dość szybko postanowiliśmy wykorzystać spacer w innym celu. Dzięki temu Szymon osobiście odebrał zakupioną na allegro bluzkę, a my mieliśmy szanse zwiedzić ujście Wisły.
W drodze powrotnej syn padł na dobre i nie ruszył go nawet powrót do hotelu, więc tata został wydelegowany po obiad – pysznego dorsza smażonego na masełku z czosnkiem.
Wieczorem wpadliśmy jeszcze poganiać się po placu zabaw.

PS Rano w buźce Szymona znaleźliśmy wyrżniętą prawą górną dwójkę. Teraz czekamy na lewą górną jedynkę – jest już blisko…

 

Środa w Zoo

Wykorzystując słoneczną pogodę, postanawiamy, że z rana pojedziemy do ZOO. Zwiedzanie zajęło nam pół dnia, bo teren okazał się ogromny, syn nie narzekał, bo było tyle zwierzątek do oglądania, głaskania, że hoho…

Po południu wybraliśmy się na plażę kopać doły 🙂 Dzień zakończyliśmy pyszną rybną kolacją w knajpie nieopodal.