Styczeń 2009 archive

Podsumowanie

Wróciliśmy wczoraj, pora więc na krótkie i szybkie podsumowanie wyjazdu.
Biegaliśmy na nartach przez około 18 godzin i łącznie zrobiliśmy 111km.
Nie jest to mało jak na koniec szóstego miesiąca wspólnego życia Mamy i Szymka.
Cały wyjazd kosztował nas wraz z pokutą trochę ponad 3000zł, z czego 1/3 to nocleg, a 1/3 wizyty w knajpach.
Pogoda była super, zima też dopisała, trasy jak zwykle były przygotowane.
Teraz mała przerwa w wyjazdach, do czasu aż Szymuś będzie się w fotelik mieścił (czyli do wakacji, hehe).

Ciężki powrót

Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy. Trzeba wracać. Jako że wybraliśmy powrót w sobotę, to nie musieliśmy się jakoś strasznie spieszyć. Pogoda piękna, tylko zimno, bo jedynie -13C! No ale decyzja podjęta – wracamy.
Wyjechaliśmy po 10.30 i jeszcze do Jakuszyc (4km) było szybko, Dalej niestety 30km jazdy w korku. W Jeleniej Górze mieliśmy dość i zmusiliśmy GPS do znalezienia innej drogi. Znalazł… Na początku było wąsko i biało, potem miejscowi nie chcieli nam ustąpić pierwszeństwa, następnie spotkaliśmy typowego Polaka, co ma auto tylko w celach szpanowania. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy na białej drodze nasz Matiz wyprzedza wypasioną terenówkę z napędem 4×4. Takich zawalidróg jadących 20-30km/h było jeszcze kilka, ale nasz maluch radził sobie dzielnie. Dobra, kierowca może też coś umie.
Jak już byliśmy na autostradzie i gnaliśmy w kierunku Wrocławia, przed nami pojawił się gołąb… Było wielkie bum, kupa piór i zatrzymanie się w bezpiecznym miejscu. Na szczęście dla nas auto ma tylko połamany zderzak, z gołębiem było dużo gorzej :(.
We Wrocławiu były korki, dalej aż do Piotrkowa Trybunalskiego stoją stada ślepych (poza jednym) fotoradarów, które bardziej dekoncentrują niż wymuszają bezpieczną jazdę. W Piotrkowie na stacji benzynowej była awaria terminali, więc auto się nie najadło, ale my tak, bo obok jest włoska knajpa. Dalej jednak nakarmiliśmy samochód i pognaliśmy do domu.
W Warszawie, co dziwne dla nas :), padał śnieg! Ale wiał też straszny wiatr, co się okazało przy rozpakowywaniu bagaży po 9-godzinnej podróży.

dzien10

Pokuta

Wstawanie staje się dla nas z dnia na dzień coraz cięższe. No ale jakoś po 9.00 się udało, a Kret w ramach bycia dobrym mężem pojechał autem do piekarni po świeże pieczywo. Przy okazji spotkał pana od kempingu i uiścił dopłatę za domek.
Śniadanie smakowało Myszy, więc raczej chętnie dała się wyciągnąć na człapanie na nartach. Tym razem wydawało się, że pogoda jest przyzwoita: -4C i czasami niebieskie niebo. Do punktu startu dotarliśmy sprawnie i było nawet podejrzanie dużo miejsca na zostawienie auta. Radośni z dobrej miejscówy udaliśmy się pobiegać na zamkniętej na czas zimy drodze do schroniska. W połowie trasy pojawił się jednak zimny jak zawsze wiatr i zaczęło ostro sypać białym puchem z nieba.
Do schroniska Kret dotarł jak bałwan… W środku tłumy, ale do WC dopchaliśmy się jakoś. Zjedliśmy też własne kanapki i tym razem z wiatrem wyruszyliśmy w droge powrotną. Tych 8km minęło dość szybko, więc myśleliśmy, że w domu będziemy wcześnie. Nic z tego, miejscowa straż miejska dopilnowała, by nikt nam nie ukradł auta :). Przyjechali za jakichś 20 minut i po miłej pogawędce zdjęli z koła „stróża”. Oczywiście nie ma nic za darmo, „kupon na pokutę” wyniósł nas 1000Kc.
Powrót nie był zbyt łatwy, bo na drodze leżała spora warstwa luźnego świeżego śniegu, na szczęście łańcuchy były w bagażniku. Po dojechaniu do czarnego asfaltu odwiedziliśmy jeszcze „Billę” i stację benzynową.
Wieczorem rozpoczęliśmy pakowanie, z przerwą na knajpę. Cóż, ten wyjazd zbliża się do końca…

PS
Śnieg nadal pada i jest -9C.

dzien09

Nowy Rok w Czechach

Strzelało, waliło itp. zarówno sporo przed północą, jak i długo po niej. Cóż, niektórzy ludzie lubią puszczać kasę z dymem…

My wstaliśmy w Nowym Roku o 10.00, ale mimo wszystko dziwnie sprawnie udało nam się już po 11.00 być w aucie.
Dziś zaufaliśmy darmowej mapce ze stacji benzynowej i pojechaliśmy na Rejdice. Łatwo nie było tam trafić, ale z pomocą GPSa się udało. Po wyjściu z auta okazało się, że -8C, które pokazywał pokładowy termometr, nie było oszukane, a raczej niedowartościowane, bo nieźle wiało.
Na miejscu zdziwiły nas tłumy Czechów pchających wózki, sanki i wszystkie inne pojazdy, do których dało się załadować dzieci. Daliśmy się ponieść fali i dotarliśmy na rozchlednię (wieżę widokową), pod którą był noworoczny odpust.
No ale nie przyjechaliśmy tu przecież balować, tylko jeździć 🙂 Dlatego ruszyliśmy dalej w drogę. Trasy były super oznakowane, co chwilę widać było mapki. Drogę modyfikowaliśmy co mapka, więc wyszła dość pokręcona. Mimo że dzisiejsza trasa miała być turystyczna, czyli rekreacyjna, było kilka kawałków wymagających odwagi i techniki. Wtedy Mysz brała narty w łapki i dzielnie brnęła przez śniegi. Z kolei Kret popuszczał wodze fantazji i czasem leżał :D. O ile w lesie było przyjemnie, to każdy wyjazd na pola przypominał wizytę na Syberii. W dodatku bliżej końca dzisiejszego biegania kaowiec coś pokręcił z trasą i wypadliśmy na stok zjazdowy… Nie dość, że był on strasznie szeroki (6 tras zjazdowych), to co chwila przecinały go wyciągi. Człapiąc tamtędy czuliśmy się jak kury chcące przekroczyć autostradę.
Dalej było już z górki, a właściwie pod górkę i pod wiatr. Do auta dotarliśmy po 16.00 i odkryliśmy, że „ryjki mamy czerwone jak w Chile”.
Do domu jechaliśmy w asyście pługosolarki. Wieczorem jak zawsze udaliśmy się do knajpy jeść. A potem potoczyliśmy się jak wesołe beczułki do chatki.

dzien08

Rok 2009